Reklama

Pomyliłem się o 30 dni

Niedziela Ogólnopolska 41/2003

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

- Ksiądz Profesor miał okazję obserwować w Rzymie konklawe po śmierci Pawła VI...

Reklama

- Redakcja Tygodnika Powszechnego z Jerzym Turowiczem na czele debatowała, kogo z redaktorów wysłać do Rzymu, żeby przyglądał się temu wydarzeniu. Okazało się, że nikt z redakcji nie ma ani paszportu, ani wizy włoskiej. A trzeba było już jechać. Wtedy Turowicz zwrócił się do mnie z propozycją, czy ja bym nie pojechał. Nie byłem członkiem redakcji, ale miałem paszport i wizę. Znałem Rzym, bo studiowałem tam przez 4 lata, gdy pisałem doktorat. Pojechałem. Po pogrzebie Pawła VI przez 9 dni trwały tzw. novendiales, kiedy kardynałowie modlą się o spokój duszy zmarłego papieża i o trafny wybór następcy. Po Mszy św. spotykają się i rozmawiają na tematy Kościoła. Karol Wojtyła jako kardynał brał udział w tej nowennie. Mieszkaliśmy w Collegio Polacco na Awentynie. Gdy kard. Wojtyła wyjeżdżał na Mszę św., to ja jechałem z nim, bo chciałem pochodzić po Rzymie i dowiedzieć się, „co w trawie piszczy”. A w trawie piszczało: Benelli, Bertoli i Baggio. Trzech kardynałów kurialistów, którzy byli lansowani na następców Pawła VI przez całą prasę rzymską i przez wszystkich, którzy się znają na rzeczy. Trzy razy B. Chodziłem po tym Rzymie i rozmawiałem ze starymi kolegami, czytałem gazety, rozglądałem się, słuchałem. Trzeba było dla Tygodnika napisać jakiś artykuł. Po kilku dniach tych moich spacerów po Rzymie już wiedziałem. Któregoś dnia, kiedy wracaliśmy starym kolegiackim fordem z Watykanu do Collegio, spytałem Kardynała: - Czy kupiłeś bilet tam i z powrotem?, a on na to: - Tak. Kupiłem do Rzymu i z Rzymu do Krakowa. - Nie lepiej przekazać pieniądze biednym, a nie wydawać niepotrzebnie? On popatrzył na mnie zdziwiony. - Przecież będziesz wybrany na papieża, to po co ci bilet z powrotem? - Czyś ty zwariował?” - powiedział Wojtyła i postukał się w głowę.

- Dlaczego Ksiądz Profesor był tak pewny, że papieżem zostanie Karol Wojtyła? Co za tym przemawiało?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

- Miałem wiele argumentów. Wyjaśniłem Karolowi Wojtyle podczas rozmowy, jak do tego doszedłem. Powiedziałem: - Po pierwsze: jesteś człowiekiem środka. Ani nie jesteś zbytnio konserwatywny, ani zbytnio progresywny. Skrajności boją się wszyscy. Chcą umiarkowanych. Po drugie: jesteś człowiekiem pracującym z wiernymi, nie urzędnikiem. Bertoli, Baggio i Benelli to urzędnicy watykańscy. Oni nie wchodzą w rachubę. Po trzecie: jesteś człowiekiem znanym wśród kardynałów i biskupów. Co 2 lata jest spotkanie Synodu Biskupów i Ty za każdym razem jesteś wybierany do sekretariatu. Wszyscy przekonali się, jak jesteś mądry i jaki dobry organizator z Ciebie. Po czwarte: Ty jesteś z państwa, w którym duchowieństwo ostało się prawie nienaruszone po Soborze Watykańskim II. W wielu krajach doszło przecież do herezji posoborowej, księża odchodzili z kapłaństwa, zakonnice i zakonnicy - z klasztorów. A Polska wyszła z tego trudnego okresu obronną ręką. Niewątpliwie również dzięki Episkopatowi polskiemu, z Wyszyńskim i Tobą na czele, bo Ty byłeś jego zastępcą. Po piąte: miałeś przed rokiem rekolekcje watykańskie, po których zebrałeś znakomite opinie. Po szóste: jesteś z małego państwa. Nie chcą Amerykanina, bo zrobi z Watykanu jeszcze jeden stan Stanów Zjednoczonych. Nie chcą Niemca, bo wszyscy jeszcze pamiętają przeszłość niemiecką. Nie chcą Francuza, bo „sfrancuziałby” cały Watykan. A Polska jest takim dobrym krajem.
Ale te argumenty nie trafiały Kardynałowi do przekonania. W dniu rozpoczęcia konklawe (po południu) mieliśmy jeszcze rano Mszę św. w kaplicy kolegiackiej. On do mnie: - Powiedz homilię, bo ty krótko mówisz. A ja: - Nie powiem, bo to jest ostatnia Twoja jako kardynała. Następna będzie jako papieża.

- Wybrano jednak Jana Pawła I, ale przeczucia Księdza Profesora w końcu się jednak sprawdziły, chociaż z opóźnieniem...

- Tak. Po śmierci Jana Pawła I przyszedłem do kard. Wojtyły, prosząc o zezwolenie na kilkudniowy wyjazd do Münster, bo potrzebowałem posiedzieć w tamtejszej bibliotece uniwersyteckiej, aby dokończyć książkę Po co sakramenty. Zapytał mnie: - To nie jedziesz do Rzymu, aby obserwować konklawe? Odpowiedziałem: - Teraz jesteś Ty na placu na sto procent.
Gdy usłyszałem w telewizji, że na papieża został wybrany Karol Wojtyła, nie miałem zamiaru jechać do Watykanu. Jednak koledzy niemieccy wepchnęli mnie do samolotu i poleciałem na Mszę św. inauguracyjną. Byłem potem na poniedziałkowej audiencji dla Polaków. Wrzask, krzyk, szlochy. Sto lat. Niech żyje! Na zakończenie Papież przeszedł przez całą salę wzdłuż i nieoczekiwanie przeszedł przez salę w poprzek. Stałem w drugim rzędzie. I on mnie zobaczył. Wykrzyknął do mnie: „Miałeś rację, tylko się pomyliłeś o 30 dni”.
Dla mnie więc wybór Papieża-Polaka to nie było zaskoczenie.

- Księże Profesorze, Frossard twierdzi, że jest to Papież nie z Polski, ale z Galilei. Twierdzi również, że jest to Papież pierwszych wieków. Jak Ksiądz Profesor odniósłby się do tego stwierdzenia?

Reklama

- Napisałem książkę: Wielki Jan Paweł. Wykazuję tam, że jest już dwóch papieży wielkich: Grzegorz Wielki i Leon Wielki. A teraz jeszcze Jan Paweł II powinien być nazwany Wielkim. Dlatego że troszczy się nie tylko o katolików, nie tylko o chrześcijaństwo, nie tylko o religie Księgi. Nie tylko o wierzących, ale o wszystkich ludzi - tak wierzących, jak i niewierzących. To jest dążenie podstawowe Jana Pawła II: Chce z ludzkości zbudować jedną wielką rodzinę. Realizuje polecenie Pana Jezusa: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody” - czyli ogarniajcie swoją miłością, myślą, serdecznością cały świat, wszystkich ludzi żyjących na tym ziemskim globie.

- Czy Ksiądz Profesor dostrzega związek między osobowością Ojca Świętego a tragicznymi wydarzeniami, które go spotkały w dzieciństwie i młodości - chodzi o śmierć najbliższych, szczególnie ojca.

Reklama

- Karola Wojtyłę poznałem w 1940 r. w Krakowie. Mieszkał na Tynieckiej, ja na Madalińskiego. Domy dzieliła odległość 3 min. Przychodził do mnie dwa razy w tygodniu i dawał mi lekcje łaciny. Od razu dobrze się rozumieliśmy. Potem razem dojrzewaliśmy do kapłaństwa. Odkąd pamiętam, Karol odznaczał się zawsze pokojem wewnętrznym. Wszystko, co się działo, traktował z dużym dystansem Bożym. Ciężko przeżył śmierć ojca, który zastępował mu matkę, brata, siostrę. Ojciec też bardzo kochał Karola. Dla syna zrezygnował z Wadowic, gdzie miał mieszkanie, własne środowisko. Przyszedł do Krakowa, żeby być razem z nim, gdy ten zaczął studiować. Zamieszkał w domu rodziny żony. To była klitka. To było mieszkanie w suterenach, ciasne, ciemne. Mimo trudnych warunków, jakie mieli w Krakowie, ojciec nie wrócił do Wadowic. Wszystko to robił dla syna. Jego śmierć tak Karolem wstrząsnęła, że opuścił swoje mieszkanie na Tynieckiej i zamieszkał u zaprzyjaźnionej rodziny Kydryńskich przy ulicy Felicjanek. Po pogrzebie ojca codziennie chodził na cmentarz Rakowicki. Piechotą to spora odległość! Karol Wojtyła nigdy jednak nie poruszał w rozmowie tematu matki, ojca, brata. Teraz też do tego nigdy nie wraca, chociaż mówimy o wszystkim. To jest jakieś tabu, którego nie chce dotykać.

- Skąd w Janie Pawle II tyle siły, że potrafi się zmagać z dużym cierpieniem?

- Kiedy się patrzy na niego i widzi, w jakim stanie zdrowotnym jest teraz, to człowiek zadaje sobie pytanie: Czy nie byłoby lepiej, aby on sobie odpoczął? A tymczasem Jan Paweł II jeszcze nie powiedział wszystkiego, jeszcze wszystkiego nie napisał, jeszcze wszystkiego nie załatwił. On chce kontynuować pracę apostolską dopóki mu Pan Bóg pozwoli.
Przedtem, gdy szedł przez przedpokój do jadalni, dawał mi znać, klapiąc pantoflami. Spadały mu z pięt, tak klapał. Teraz, gdy patrzę, jak się posuwa z pomocą laski, staje w drzwiach, serce mi się kraje, a on pyta: „Co słychać w Polsce?”. Jednak gdy Papież siądzie za stołem, to jest ten sam, co dawniej. Rozmawia się z nim jak za dawnych czasów. Jest w pełni sił psychicznych. On doskonale widzi wszystkie sprawy, wie, czego potrzeba Kościołowi. Chce służyć mu jak najlepiej.

- Jak Ksiądz uważa, czy Papież w okresie Pontyfikatu zmienił się jako człowiek?

Reklama

- On był zawsze zdeterminowany na dobro. Chciał być aktorem, bo Mieczysław Kotlarczyk go uczył: „Aktorem być - to znaczy przekazywać ludziom piękno, ażeby byli lepszymi”. Wojtyła był początkowo przekonany, że tak chciałby żyć. Myślał o przyszłości Polski, dlatego działał w Teatrze Rapsodycznym Kotlarczyka wtedy, kiedy nie było wolno jeszcze niczego wystawiać. Pisał poezję wtedy, gdy nie wolno było jeszcze drukować. On wiedział, że okupacja się skończy, a wojna będzie wygrana. Tymczasem w 1940 r. spotkaliśmy Jana Tyranowskiego, krawca, a jednocześnie mistyka, oczytanego w dziełach Jana od Krzyża i Teresy z Avili, który z głębokim zrozumieniem uczył nas modlitwy. On wywarł na Wojtyłę i na mnie zasadniczy wpływ. Tyranowski pokazał Wojtyle inną drogę, przez którą można świat ulepszać duchowo w bezpośrednim działaniu. Nie przez sztukę, ale przez duszpasterstwo. Karol Wojtyła w to uwierzył i to realizował i realizuje w dalszym ciągu. Można czynić ludzi lepszymi przez kontakt duszpasterski.

- Jak Ksiądz Profesor postrzega Papieża jako człowieka humoru?

- On jest zawsze nie tylko pogodny, nie tylko pogodnie nastawiony, ale wciąż towarzyszy mu ten żartobliwy, serdeczny, ciepły ton. To nie są jakieś uśmiechy, dowcipasy, tylko pogodny sposób prowadzenia rozmowy.

- Czy krąg przyjaciół Papieża jest duży?

- Tych kręgów bliższych i dalszych przyjaciół Papieża jest bardzo wiele. Na różnych etapach życia Karol Wojtyła był związany z różnymi osobami. Ma świetną pamięć. Znakomicie pamięta imiona, nazwiska, rozmaite szczegóły. Chętnie przypomina, kiedy się z kimś spotkał, kiedy ktoś coś powiedział, kiedy i jak się zachował. Wciąż jest ciepły dla ludzi. Ludzie, nawet obcy, którzy przyjechali po raz pierwszy do Watykanu, czują się tak, jakby dla Papieża podczas audiencji nie istniał świat, jakby byli tylko oni. To jest bardzo charakterystyczne. Papież całym sercem skupia się i koncentruje na swoim rozmówcy - na tym, który właśnie przyszedł.

- A gdyby Ojciec Święty uprawiał zawodowo sport, to w jakiej dyscyplinie byłby mistrzem?

Reklama

Jesteśmy w przedpokoju, ja stoję obok niego i mówię: - Biegi się skończyły, narty się skończyły. A on: - Ale jest pływanie. Podczas Soboru, w weekendy, często kąpaliśmy się w morzu. Podczas konklawe za Pawła VI chodziliśmy popływać do sąsiadów - księży, którzy mieli basen z wodą przepływową z gór. Ja byłem wykończony tym pływaniem. Miałem też dość skakania do wody, a on dalej pływał tam i z powrotem. Taką miał kondycję. Lubi wodę, lubi pływać.

- Jaki prezent zawiózłby Ksiądz Profesor Ojcu Świętemu na 25-lecie Pontyfikatu?

- Jak zwykle - swoją najnowszą książkę. Zresztą już mu wysłałem publikację pt. Wielki Jan Paweł.

- Dziękujemy za rozmowę.

2003-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Świecki ekonom Archidiecezji Krakowskiej: ta praca to dla mnie wyzwanie

2026-09-30 14:04

[ TEMATY ]

wyzwanie

Lucjan Tabaka

ekonom Archidiecezji Krakowskiej

Archidiecezja Krakowska

Lucjan Tabaka, ekonom Archidiecezji Krakowskiej

Lucjan Tabaka, ekonom Archidiecezji Krakowskiej

Lucjan Tabaka, ekonom Archidiecezji Krakowskiej, uczestniczący w odbywającym się w środę 30. września w Warszawie spotkaniu ekonomów diecezjalnych z sekretariatem KEP, powiedział KAI, że traktuje swoją pracę jako wyzwanie ze względu na ogrom spraw w Archidiecezji, która posiada wiele nieruchomości i musi utrzymać wiele wysokiej klasy zabytków. „To jest dla mnie duże wyzwanie, bo w tym majątku kryje się wielki potencjał i wielkie ryzyko” - powiedział Tabaka, który został mianowany na swoje stanowisko 1 lipca tego roku jako pierwszy w Kościele w Polsce ekonom świecki.

Lucjan Tabaka, urodzony w 1948 r. absolwent AGH, ma bogate doświadczenie w zarządzaniu różnymi podmiotami. W latach 1998-1999 był wojewodą nowosądeckim, a po likwidacji tego województwa doradzał wojewodzie małopolskiemu. Był także w latach 2005-2014 kanclerzem Politechniki Krakowskiej. Od 2015 r. jest prezesem spółki stanowiącej w 100% własność Politechniki, która zajmuje się inwestycjami mieszkaniowymi, a jej dochód wspiera uczelnię.
CZYTAJ DALEJ

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus - "Moim powołaniem jest miłość"

Niedziela łódzka 22/2003

[ TEMATY ]

św. Teresa z Lisieux

Adobe Stock

Św. Teresa z Lisieux

Św. Teresa z Lisieux

O św. Teresie od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitance z Lisieux we Francji, powstały już opasłe tomy rozpraw teologicznych. W tym skromnym artykule pragnę zachęcić czytelników do przyjaźni z tą wielką świętą końca XIX w., która także dziś może stać się dla wielu ludzi przewodniczką na krętych drogach życia. Może także pomóc w zweryfikowaniu własnego stosunku do Pana Boga, relacji z Nim, Jego obrazu, który nosimy w sobie.

Życie św. Teresy daje się streścić w jednym słowie: miłość. Miłość była jej głównym posłannictwem, treścią i celem jej życia. Według św. Teresy, najważniejsze to wiedzieć, że jest się kochanym, i kochać. Prawda to, jak może się wydawać, banalna, ale aby dojść do takiego wniosku, trzeba w pełni zaakceptować siebie. Św. Teresie wcale nie było łatwo tego dokonać. Miała niesforny charakter. Była bardzo uparta, przewrażliwiona na swoim punkcie i spragniona uznania, łatwo ulegała emocjom. Wiedziała jednak, że tylko Bóg może dokonać w niej uzdrowienia, bo tylko On kocha miłością bez warunków. Dlatego zaufała Mu i pozwoliła się prowadzić, a to zaowocowało wyzwoleniem się od wszelkich trosk o samą siebie i uwierzeniem, że jest kochana taką, jaka jest. Miłość to dla św. Teresy "mała droga", jak zwykło się nazywać jej duchowy system przekonań, "droga zaufania małego dziecka, które bez obawy zasypia w ramionach Ojca". Św. Teresa ufała bowiem w miłość Boga i zdała się całkowicie na Niego. Chciała się stawać "mała" i wiedziała, że Bogu to się podoba, że On kocha jej słabości. Ona wskazała, na przekór panującemu długo i obecnemu często i dziś przekonaniu, że świętość nie jest dostępna jedynie dla wybranych, dla tych, którzy dokonują heroicznych czynów, ale jest w zasięgu wszystkich, nawet najmniejszych dusz kochających Boga i pragnących spełniać Jego wolę. Św. Teresa była przekonana, że to miłosierdzie Boga, a nie religijne zasługi, zaprowadzi ją do nieba. Św. Teresa chciała być aktywna nie w ćwiczeniu się w doskonałości, ale w sprawianiu Bogu przyjemności. Pragnęła robić wszystko nie dla zasług, ale po to, by Jemu było miło i dlatego mówiła: "Dzieci nie pracują, by zdobyć stanowisko, a jeżeli są grzeczne, to dla rozradowania rodziców; również nie trzeba pracować po to, by zostać świętym, ale aby sprawiać radość Panu Bogu". Św. Teresa przekonuje w ten sposób, że najważniejsze to wykonywać wszystko z miłości do Pana Boga. Taki stosunek trzeba mieć przede wszystkim do swoich codziennych obowiązków, które często są trudne, niepozorne i przesiąknięte rutyną. Nie jest jednak ważne, co robimy, ale czy wykonujemy to z miłością. Teresa mówiła, że "Jezus nie interesuje się wielkością naszych czynów ani nawet stopniem ich trudności, co miłością, która nas do nich przynagla". Przykład św. Teresy wskazuje na to, że usilne dążenie do doskonałości i przekonywanie innych, a zwłaszcza samego siebie, o swoich zasługach jest bezcelowe. Nigdy bowiem nie uda się nam dokonać takich czynów, które sprawią, że będziemy w pełni z siebie zadowoleni, jeśli nie przekonamy się, że Bóg nas kocha i akceptuje nasze słabości. Trzeba zgodzić się na swoją małość, bo to pozwoli Bogu działać w nas i przemieniać nasze życie. Św. Teresa chciała być słaba, bo wiedziała, że "moc w słabości się doskonali". Ta wielka święta, Doktor Kościoła, udowodniła, że można patrzeć na Boga jak na czułego, kochającego Ojca. Jednak trwanie w takim przekonaniu nie przyszło jej łatwo. Przeżywała wiele trudności w wierze, nieobce były jej niepokoje i wątpliwości, znała poczucie oddalenia od Boga. Dzięki temu może być nam, ludziom słabym, bardzo bliska. Jest także dowodem na to, że niepowodzenia i trudności są wpisane w życie każdego człowieka, nikt bowiem nie rodzi się święty, ale świętość wypracowuje się przez walkę z samym sobą, współpracę z łaską Bożą, wypełnianie woli Stwórcy. Teresa zrozumiała najgłębszą prawdę o Bogu zawartą w Biblii - że jest On miłością - i dlatego spośród licznych powołań, które odczuwała, wybrała jedno, mówiąc: "Moim powołaniem jest miłość", a w innym miejscu: "W sercu Kościoła, mojej Matki, będę miłością".
CZYTAJ DALEJ

Biskup z Hondurasu zmarł nagle podczas podróży do papieża Leona XIV

2026-10-01 11:41

[ TEMATY ]

honduras

pl.wikipedia.org

Śp. bp Teodoro Gómez Rivera

Śp. bp Teodoro Gómez Rivera

Bp Teodoro Gómez Rivera, ordynariusz diecezji Choluteca w Hondurasie, zmarł nagle 28 września na lotnisku w Madrycie. 63-letni hierarcha podróżował do Rzymu na wizytę „ad limina” biskupów Hondurasu u papieża Leona XIV.

Bp Teodoro Gómez Rivera był biskupem Choluteki, wiceprzewodniczącym Konferencji Episkopatu Hondurasu w kadencji 2025–2028, a także przewodniczącym Caritas Honduras i administratorem apostolskim diecezji Danlí.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję