Reklama

Cuda się zdarzają

Niedziela wrocławska 7/2012

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

MARTA PIETKIEWICZ: - Panie Profesorze, Pan z życiem ludzkim styka się codziennie, często spotykając się z przypadkami temu życiu zagrażającymi. Wiem jednak, że istnieją przypadki, w których udało się Panu uratować życie, mimo iż inni tej szansy nie widzieli.

PROF. WOJCIECH WITKIEWICZ: - W moim życiu było faktycznie kilka takich spektakularnych przypadków, opowiem tylko o niektórych. Jeden z nich miał miejsce w 2009 r. Zgłosiła się wtedy do nas kobieta w wieku 32 lat, która wcześniej nie mogła zajść w ciążę i zdecydowała się na zabieg in vitro. W czasie badania przygotowującego do zabiegu okazało się jednak, że jest w ciąży. Stwierdzono także guzy nowotworowe obu jajników. Wiedzieliśmy, że nowotwór w ciąży może rozwijać się szybciej i nie wiadomo, czy uda się jej urodzić. Ponieważ dla tej kobiety była to ostatnia szansa, zdecydowała, że chce urodzić to dziecko. Ustaliliśmy więc, że gdy dziecko osiągnie już dojrzałość, czyli w 38 tygodniu, wykonamy cesarskie cięcie. Tak się stało. Zostały usunięte jajniki z nowotworem, pozostawiono macicę, a następnie rozwiązano ciążę cesarskim cięciem i dokładnie sprawdzono jamę brzuszną, nie znajdując żadnych objawów choroby nowotworowej. To uratowane dziecko - piękny, bardzo dobrze rozwijający się syn - w marcu tego roku skończy 3 latka. Na razie nie ma też u matki śladów, by nowotwór się rozwijał.

Reklama

- Takie sytuacje nie zawsze jednak dotyczą noworodków...

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Tak, mam w pamięci sprawę dotyczącą czternastoletniej dziewczynki, która przed laty wpadła pod tramwaj na pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu. Straciła nogę na wysokości prawego uda. To był chyba rok 1974, ja miałem wtedy ostry dyżur, jako młody chirurg. Dziewczynka przyjechała do nas w stanie śmierci klinicznej. Przetoczyliśmy jej krew i przyszyliśmy kończynę. Noga przyjęła się, ale niestety wystąpiła sepsa, która zagrażała życiu dziewczynki. Musieliśmy więc odjąć nogę i ratować życie. To się nam udało. Ciekawe są również dalsze losy pacjentki. Jest ona dzieckiem lekarzy. Po skończeniu szkoły złożyła papiery na Akademię Medyczną. Niestety, jest takie niepisane prawo, że osób niepełnosprawnych nie przyjmuje się na studia medyczne. Wtedy ona zwróciła się do mnie o pomoc, wygłosiłem płomienną mowę w Senacie uczelni i przekonałem członków Senatu do przyjęcia jej na studia. Skończyła studia z wyróżnieniem i przyszła do mnie na specjalizację z chirurgii. Potem zrobiła drugą specjalizację - z rehabilitacji, urodziła syna, obroniła pracę doktorską, a w tej chwili jest już po habilitacji i pracuje jako ordynator oddziału rehabilitacji neurologicznej Szpitala na Koszarowej.

- To przykład fantastycznego poradzenia sobie, także w sensie psychicznym z chorobą i cierpieniem. Często losy pacjentów odwracają się o 180 stopni.

Reklama

- Zgadza się. Dla potwierdzenia tych słów przytoczę jeszcze jeden przypadek - szesnastoletniego chłopca, który przyjechał do nas po upadku z konia. Był wyniszczony, miał przykurcze z powodu strasznych bólów w okolicy biodra. Wtedy wszyscy uczeni, łącznie z członkami jego rodziny, którzy byli wybitnymi ortopedami, byli zdania, że trzeba amputować tę kończynę. Mimo tych decyzji postanowiłem go ratować. Stwierdziłem uszkodzenie tętnicy i krwiak w okolicy stawu biodrowego i w samym stawie. Na szczęście udało nam się to wszystko oczyścić i chłopak, który i fizycznie i psychicznie był w bardzo złym stanie, odżył i obecnie służy w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych. I ostatni przykład to sprawa studentki, którą tu przywieziono z wypadku pociągu. Pociąg był piętrowy, ona siedziała pomiędzy piętrami jednego z wagonów, na schodach. Na przejeździe kolejowym w miejsce, w którym siedziała dziewczyna, wjechał samochód ciężarowy. Doszło do oskalpowania i zmiażdżenia prawej, dolnej kończyny oraz do zgorzeli gazowej. Wtedy również wisiała nad nią groźba amputacji, ale mieliśmy możliwości korzystania z komory hiperbarycznej i dzięki temu udało się z tej sepsy, strasznego zakażenia uratować. W tej chwili jest już absolwentką wyższej uczelni.

- Takie przypadki dodają sił, że Pańska praca ma sens?

- Ta praca z pewnością ma sens. Każdy z tych przypadków to był olbrzymi wysiłek, żeby uratować życie. I niestety zdarza się, że czasem mimo iż wydawałoby się, że chory powinien zostać uratowany, on umiera. A w przypadkach, gdy szanse są niewielkie, bo wielu specjalistów powiedziało, że nie widzi rozwiązania, udaje się tego chorego uratować.

- Ile w takich sukcesach jest osiągnięć medycyny, a ile nastawienia pacjenta?

Reklama

- Bardzo dużo zależy od nastawienia pacjenta. Znam taki przypadek, kiedy chora szła na stół operacyjny i mówiła do mnie: „Proszę pana, ja umrę”.
I rzeczywiście - pacjentka była w takim stresie, że mimo iż przebieg operacji nie wskazywał na to, że chora ma umrzeć, tak się stało. Czyli wiara, nadzieja i myślę, że też siły nadprzyrodzone powodują, że w medycynie zdarzają się cuda. Cuda, których sobie przy dzisiejszym stanie wiedzy medycznej nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć. Także chorzy powinni mieć nadzieję. A z drugiej strony lekarz, obierając swój zawód, ma tę nadzieję dawać. Nie może jej choremu odbierać nawet w najtrudniejszych chwilach. Bo zawsze - tak jak w przypadkach, o których opowiadałem, może znaleźć się coś, co to życie uratuje, a przynajmniej zmniejszy cierpienia fizyczne i psychiczne. Chory pozbawiony nadziei rezygnuje i w związku z tym jego siły witalne przestają działać. 50% sukcesu wyleczenia to jest bezwzględna wiara chorego w to, że wyzdrowieje i chęć do życia. Jeżeli straci tę chęć do życia, to bardzo trudno jest mu pomóc.

- W takich, jak opisywane, przypadkach czuje się Pan Profesor czasem jak ryzykant stąpający po cienkim lodzie?

- Tu nie było przypadków, w których wykonywalibyśmy coś na granicy. Trzeba było do końca wierzyć, nie rezygnować, dawać tę wiarę choremu. Te osoby też głęboko wierzyły, że wyzdrowieją.

- Dlaczego więc czasem jest tak, że jeden lekarz decyduje się na przykład na poprowadzenie zagrożonej ciąży, a drugi nie, mówiąc, że aborcja jest jedynym wyjściem.

- Myślę, że to zależy od doświadczenia, od sytuacji, rodzaju nowotworów, nastawienia pacjenta. Jest wiele elementów, w grę wchodzi także nastawienie lekarza. Lekarz, mając ogromną wiedzę, wie, kiedy już te granice są przekroczone. Ale każdy lekarz wie też, że jeśli tylko jest iskierka nadziei, to trzeba walczyć.

- Po raz kolejny przeżywamy Światowy Dzień Chorego. Czego Pan Profesor życzyłby chorym?

- Życzę wszystkim chorym przede wszystkim zdrowia, sił i wytrwałości, i oby nadzieja nigdy ich nie opuszczała.

* * *

Karolina Ryglowska
(pacjentka prof. Witkiewicza, obecnie absolwentka uczelni wyższej)
W 2006 roku, od razu po wypadku, trafiłam do szpitala pod opiekę profesora Witkiewicza. Tamtego okresu zupełnie nie pamiętam, gdyż byłam nieprzytomna przez 6 dni, obudziłam się dopiero w innym szpitalu. Cały czas byłam otoczona rodziną, która powtarzała, że wszystko będzie dobrze. Stąd i ja nie miałam wątpliwości, że kiedyś wyzdrowieję. To od nich czerpałam swoją siłę. Momenty, w których ich nie było przy mnie, to były najgorsze chwile w szpitalu. Ta samotność dla chorego jest straszna, gdy nie może słyszeć słów pocieszenia, patrzy się ślepo w sufit i zostaje sam ze swoimi myślami. Wtedy nawet nie domyślałam się, jak ciężki był mój stan. Dopiero, kiedy zetknęłam się z innymi pacjentami na zwykłym oddziale i zobaczyłam, że mój stan jest dużo gorszy, to uświadomiłam sobie, że to cud, że w ogóle żyję. Dzięki lekarzom i wsparciu rodziny wyzdrowiałam, bo moje losy ważyły się do ostatniej chwili. Najważniejsze w chorobie to mieć pewność, że się wyzdrowieje. Istotna jest także stała motywacja, bo po wyjściu ze szpitala czeka jeszcze długa rehabilitacja. I od tego, czy ktoś będzie zdeterminowany i będzie ćwiczył każdego dnia, zależy jego zdrowie. Lekarze pomagają szczególnie na początku, a później wszystko już zależy od chorego. To ode mnie zależy, czy znajdę w sobie siłę, by zrobić kolejny mały krok - krok ku wyzdrowieniu. Moje życie po wypadku mogło się toczyć swoim rytmem dzięki pomocy rodziny, a także wsparciu kolegów ze studiów. Byłam wtedy na pierwszym roku i nie musiałam brać urlopu dziekańskiego, dzięki ich pomocy, a także zrozumieniu profesorów. W ubiegłym roku skończyłam studia, rozpoczęłam pracę i przygotowuję się do założenia rodziny.
Z całego serca dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w wyzdrowieniu: rodzinie, narzeczonemu, przyjaciołom oraz pracownikom szpitala w tym prof. Witkiewiczowi.
JS

Dr hab. Małgorzata Paprocka-Borowicz
(dawniej pacjentka prof. Witkiewicza, dziś ordynator Oddziału Rehabilitacji Neurologicznej)
W trudnych chwilach, zaraz po wypadku, najbardziej pomagała mi wiara i wsparcie bliskich. Oni zawsze motywowali mnie do działania, przekonywali, że nie ma sytuacji beznadziejnych - bez wyjścia. O byciu lekarzem marzyłam od zawsze, choć po wypadku moi rodzice nie byli zachwyceni moją decyzją. Mama, która jest pediatrą, chciała mnie ustrzec przed ciężkimi studiami i jeszcze cięższym zawodem. Obecnie jestem ordynatorem oddziału rehabilitacji, a także nauczycielem akademickim. Moja historia pomaga w kontaktach z pacjentami, kiedy przeżywają chwilę załamania czy przestają wierzyć, że będzie lepiej. Po tym wszystkim, co przeszłam, uważam, że łatwiej jest mi zrozumieć chorych i nieść im pomoc. Kiedy pacjenci po amputacjach mówią, że w tej protezie nie można chodzić, to stukam w moją i mówię, że oczywiście da się. Widok lekarza, osoby niepełnosprawnej, na pewno pomaga im oswajać się ze swoją chorobą. Pacjenci nie mogą już powiedzieć: „Pani nie wie, co ja czuję!”, bo ja wiem, sama przez to przeszłam. W dobie komputeryzacji podchodzimy do pacjenta jak do przedmiotu, a to jest żywy człowiek. Obecnie nie leczy się chorych holistycznie, gdyż lekarz nie może być specjalistą od wszystkiego, a na każdego pacjenta trzeba spoglądać całościowo - na ciało a także i duszę. Każdemu pacjentowi radzę, by się nigdy nie poddawał i zawsze próbował walczyć. Ja wiem, że nie jest łatwo, ale przy wsparciu rodziny, bliskich, otoczenia można wiele osiągnąć. Społeczeństwo na razie jeszcze źle reaguje na niepełnosprawność, ale mam nadzieję, że w końcu wszyscy do tego problemu dojrzejemy.
JS

2012-12-31 00:00

Oceń: +2 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Komunikat: "Wspólnota Miłość i Miłosierdzie Jezusa bezprawnie i kłamliwie określa się mianem katolickiej"

2026-04-29 22:35

[ TEMATY ]

Ks. Daniel Galus

diecezja siedlecka

Red.

Drodzy Bracia i Siostry, z pasterską troską zwracam się ponownie do wszystkich wiernych Diecezji Siedleckiej w związku z planowanym na terenie Diecezji Siedleckiej spotkaniem organizowanym przez ks. Daniela Galusa oraz „Wspólnotę Miłość i Miłosierdzie Jezusa”, która bezprawnie i kłamliwie określa się mianem katolickiej (zob. Dekret Arcybiskupa Wacława Depo z dnia 29.03.2022 r. zabraniający grupie „Wspólnota Miłość i Miłosierdzie Jezusa” stosowania wobec siebie określenia „katolicka”) - informuje komunikat biskupa siedleckiego Kazimierza Gurdy w związku z organizowanym na terenie Diecezji Siedleckiej przez ks. Daniela Galusa i „Wspólnotę Miłość i Miłosierdzie Jezusa” spotkaniem ewangelizacyjnym.

Wobec uporczywego trwania w zamiarze organizacji spotkania ponawiam i stanowczo podtrzymuję moje wcześniejsze stanowisko: ks. Daniel Galus został ukarany suspensą przez właściwą władzę kościelną, tj. własnego biskupa diecezjalnego, któremu w momencie przyjmowania święceń kapłańskich ślubował cześć i posłuszeństwo. Oznacza to, że ma On zakaz głoszenia słowa Bożego, sprawowania sakramentów i sakramentaliów oraz noszenia stroju duchownego. Świadome uczestnictwo w organizowanych przez niego wydarzeniach o charakterze religijnym, stanowi poważne naruszenie jedności Kościoła oraz jest obciążone ciężką winą moralną (zob. KKK 1750-1756), włącznie z możliwością popadnięcia w kary kościelne (zob. KPK, kan. 1371, 1373, 1364 § 1).
CZYTAJ DALEJ

Lekarz z powołania

Cmentarz w Zagórzu należy do największych i najstarszych nekropolii w Sosnowcu. Spoczywa na nim wiele pokoleń mieszkańców zasłużonych dla rozwoju miasta oraz Zagłębia. Wśród wielu grobów sosnowieckich intelektualistów są groby znanych lekarzy. Wymienić tu należy grób rodziny Wrzosków, w którym spoczywa znany w całym kraju i na świecie prof. med. Adam Wrzosek. Niedaleko od podupadającej kapliczki - grobowca rodziny Wrzosków, przy tej samej alejce znajduje się grób innego lekarza - Aleksandra Widery.

Dziś postać ta nie byłaby znana, gdyby nie powieść Stefana Żeromskiego rozgrywająca się w Zagłębiu Dąbrowskim, a zatytułowana Ludzie bezdomni. Powieść ukazała się drukiem na rok przed śmiercią Widery, a losy głównego bohatera dr. Tomasza Judyma zbiegają się z działalnością i sytuacją życiową Aleksandra. Stąd powszechne mniemanie, iż dr Widera był pierwowzorem Judyma. Aleksander Widera znany był z tego, iż z wielkim oddaniem i gorącym sercem spieszył z pomocą chorym robotnikom i górnikom Sosnowca oraz biedakom z Zagórza. Zmarł w wieku 35 lat. Nie założył rodziny. Nie pozostawił po sobie najbliższych. Dlatego też grobowiec na zagórskim cmentarzu wybudowany został kilka lat po jego śmierci staraniem dyrekcji sosnowieckiego oddziału Towarzystwa Lekarskiego. Wydaje się, że wybudowanie grobowca było wynikiem ukazania się w roku 1900 powieści Stefana Żeromskiego Ludzie bezdomni. "Zmieniające się czasy, rewolucyjne utarczki z początku XX w., I wojna światowa, II wojna światowa, później odbudowa kraju sprawiły, że o doktorze Widerze i jego grobie prawie zapomniano. Wprawdzie starzy mieszkańcy Zagórza opowiadali, że na cmentarzu jest pochowany słynny doktor, to jednak po upływie prawie całego wieku nikt tym grobem się nie opiekował" - wyjaśnia dr Emilian Kocot. Przełom nastąpił w roku 1996, kiedy w prasie ukazał się artykuł o tym, że wandale przewrócili okazały krzyż z czarnego marmuru na grobie doktora Aleksandra Widery. Wówczas Zarząd Sosnowieckiego Koła Polskiego Towarzystwa Lekarskiego z proboszczem parafii św. Joachima, ks. Stanisławem Kocotem, i Zarządem Cmentarza postanowili odrestaurować zniszczony działaniami atmosferycznymi i rękami wandali grobowiec. W aktach parafialnych odnaleziono akt zgonu doktora Aleksandra Widery. Odbudowano rozsypujące się fundamenty grobowca, na nowo ustawiono na wysokim cokole przewrócony, lecz na szczęście nieuszkodzony krzyż. Na płycie nagrobkowej umieszczono granitową tablicę z napisem: "Dobro człowieka najwyższym prawem. Doktorowi Judymowi i ku pamięci potomnym Sosnowieckie Koło Polskiego Towarzystwa Lekarskiego w 90. rocznicę powstania Towarzystwa Lekarskiego Zagłębia Dąbrowskiego 1997 r.". 20 listopada 1997 r. biskup sosnowiecki Adam Śmigielski SDB poświęcił odnowiony grobowiec. Uroczystość zgromadziła liczne grono lekarzy z całego Zagłębia oraz władze miasta. Grobowiec doktora Widery znajduje się przy tej samej alei, co zbiorowa mogiła robotników poległych w 1905 r. podczas strajku w Hucie Katarzyna w Sosnowcu. Nieco dalej, w kierunku wschodnim, po prawej stronie z daleka widać wysoki, z czarnego marmuru krzyż spoczywający na granitowym bloku. Widnieje tam napis: "Śp. Aleksander Widera - lekarz zakładów Towarzystwa Sosnowieckiego. Zm. D. 29 maja 1901 r. w wieku lat 35. Śp. Janina Widera. Zm. D. 18 października 1897 r. przeżywszy lat 18". Dawniej na płycie nagrobnej znajdowały się w narożach cztery graniaste, wysokie cokoły z piaskowca połączone grubym, stalowym, ozdobnym łańcuchem. Dzisiaj grobowiec ten jest jednym z pomników kultury i przypomina o szczytnych hasłach zawodu lekarskiego. Oby znalazło się jak najwięcej naśladowców doktora Widery.
CZYTAJ DALEJ

Łódzka gwiazda dla Anny Seniuk

2026-04-30 18:00

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

Piotr Drzewiecki

Anna Seniuk odsłoniła swoja gwiazdę w Łódzkiej Alei Gwiazd na ulicy Piotrkowskiej

Anna Seniuk odsłoniła swoja gwiazdę w Łódzkiej Alei Gwiazd na ulicy Piotrkowskiej

Znana aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna Anna Seniuk odsłoniła swoja gwiazdę w Łódzkiej Alei Gwiazd na ulicy Piotrkowskiej.

Anna Seniuk to jedna z najwybitniejszych polskich aktorek, która od lat zachwyca widzów sceniczną klasą i ekranową charyzmą. Uroczystość w Łodzi była nie tylko hołdem dla jej dorobku, ale też pełnym ciepła spotkaniem z artystką, która podzieliła się z publicznością humorem i wspomnieniami.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję