Nie tańczył przed kamerą i nie prosił: „zostaw łapkę w górę”. Nie starał się przypodobać widzom ani im nie schlebiał. Stawał przed kamerą w biskupiej sutannie, z kredą w dłoni, i mówił o grzechu, wolności, komunizmie, cierpieniu oraz wieczności. A Ameryka słuchała go z zapartym tchem.
Był jednym z największych geniuszy mediów XX wieku. 24 września 2026 r. w Saint Louis kard. Luis Antonio Tagle będzie przewodniczył Mszy św. beatyfikacyjnej, podczas której ten Boży showman zostanie wyniesiony na ołtarze. Beatyfikacja nie jest jeszcze kanonizacją. Potrzebny będzie kolejny uznany cud, ale droga do kanonizacji została przed abp. Sheenem szeroko otwarta.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Mądrość, moc i miłość
Arcybiskup Sheen wskazywał trzy elementy, których człowiek potrzebuje do szczęścia. Po pierwsze: mądrość wyższą od całej ułomnej mądrości świata. Po drugie: moc większą niż ta, którą dysponuje człowiek – samotnie lub razem z innymi. Po trzecie: miłość gotową umrzeć, aby ocalić nas, gdy zawiedziemy. Napisał o tym w książce Idź do nieba! Duchowa mapa do wieczności.
Reklama
Wszystkie te trzy składniki, jeśli dobrze się im przyjrzeć, są dostępne dla każdego i zupełnie za darmo. To fatalny model biznesowy, ale znakomity model zbawienia. Być może właśnie niezachwiana wiara abp. Sheena – nie we własny urok, lecz w prawdy, które głosił – sprawiła, że stał się absolutnym fenomenem medialnym. Jego ambona, najpierw radiowa, a potem telewizyjna, stała się najgłośniejszą amboną świata. Najgłośniejszą, choć sam niemal nigdy nie musiał podnosić głosu.
Zmienił Amerykę
Przez ponad 20 lat prowadził w NBC The Catholic Hour. Pod koniec radiowej epoki słuchało go co tydzień ok. 4 mln ludzi. Potem przyszło Life Is Worth Living – program emitowany przez 169 stacji telewizyjnych i oglądany, zależnie od szacunków, przez 10 mln, a w szczycie nawet 30 mln widzów. W kraju, w którym katolicyzm wciąż budził podejrzliwość, jeden człowiek zmieniał wyobrażenie milionów Amerykanów o Jezusie i Kościele. Pokazał, że ortodoksja nie musi być nudna, a zasięg może służyć Bogu, nie własnemu ego.
Ów apostoł mikrofonu nigdy nie korzystał z telepromptera. Miał tablicę, kredę, głos i mistrzowskie wyczucie pauzy. Konkurował o widza z Frankiem Sinatrą i Miltonem Berle’em – i wygrywał. Kiedy otrzymał Nagrodę Emmy, podziękował czterem scenarzystom: Mateuszowi, Markowi, Łukaszowi i Janowi. Nie nosił zegarka, a jednak kończył program dokładnie po 22 minutach i 30 sekundach. To ramówka musiała nauczyć się chodzić jego krokiem.
Krok po kroku
Reklama
Jego talent ujawnił się wcześnie, choć z początku dość hałaśliwie. Jako 8-letni ministrant upuścił podczas Mszy św. ampułkę z winem. Przerażonemu chłopcu bp John Spalding przepowiedział, że będzie studiował w Louvain i sam zostanie biskupem. Spełniło się jedno i drugie. Później, jako kapelan sierocińca, Sheen ćwiczył kazania, przemawiając do słupów telefonicznych i drzew. Dobra szkoła dla influencerów: zanim przemówisz do milionów, naucz się mówić do publiczności, która nie zostawia złośliwych komentarzy.
Arcybiskup Sheen nie uważał słuchacza za istotę, którą trzeba zabawić, zanim ucieknie. Radiu powierzał tematy ciężkie jak ołów. W kazaniu Znaki naszych czasów z 1947 r. powiedział: „Tylko ci, którzy żyją wiarą, naprawdę wiedzą, co dzieje się na świecie”. W cyklu Siedem ostatnich słów napisał: „Nie było nigdy kaznodziei jak umierający Chrystus ani kazania jak Siedem Ostatnich Słów”. A w Krzyżu i błogosławieństwach podkreślał: „Bóg odnajduje nas najlepiej wtedy, gdy gubimy się w innych”. Nie były to ozdobniki, lecz zdania zdolne przemeblować człowiekowi sumienie.
Odzyskiwał ludzi
Lista ludzi, których spotkał, wygląda jak spis treści całej epoki. Znał papieży, polityków, artystów i milionerów. Podczas Soboru Watykańskiego II współpracował z młodym Josephem Ratzingerem. Jan Paweł II, zaledwie 2 miesiące przed śmiercią abp. Sheena, objął go w Katedrze św. Patryka i pochwalił za wierne głoszenie Jezusa. Dzięki abp. Sheenowi do Kościoła trafili m.in.: Clare Boothe Luce, Henry Ford II, Fritz Kreisler oraz były komunista Louis Budenz.
Nie kolekcjonował sław. Kolekcjonował okazje, by doprowadzić człowieka do Chrystusa.
Reklama
Sekret jego mocy znajdował się nie w studiu, lecz przed tabernakulum. W dniu święceń postanowił codziennie spędzać godzinę przed Najświętszym Sakramentem. Dochował tej obietnicy przez 60 lat kapłaństwa. Tam przygotowywał kazania i odzyskiwał właściwe proporcje między własną popularnością a wielkością Boga.
Bywało też zwyczajnie, po ludzku. Raz pewien proboszcz niechcący zamknął go w kościele. Pobyt Sheena w świątyni mocno się przedłużył, a zakończył skokiem przez niewielkie okno – prosto do składu węgla. Innym razem zmęczony Sheen przespał całą adorację i pocieszał się, że Apostołowie swoją pierwszą Godzinę Świętą odprawili podobnie. Powtarzał, że nasze krzyże są codzienne, nie cotygodniowe. Zmarł w prywatnej kaplicy, przed Eucharystią. Bóg otrzymywał pierwszą godzinę – świat dostawał siłę z niej zrodzoną.
Ten głos wciąż tam jest
Byłem w Peorii w stanie Illinois. W muzeum mieszczącym się w Spalding Pastoral Center oraz w pobliskiej Katedrze Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – jego parafii z okresu dzieciństwa i miejscu święceń kapłańskich – naprawdę czuć tam ducha abp. Sheena. Ten katolicki głos Ameryki nadal tam brzmi: nie tylko w ponad 200 godzinach skrzętnie zarchiwizowanych i zdigitalizowanych nagrań, lecz także w powietrzu, murach, wysłużonych klęcznikach katedry i przy jego grobie.
Reklama
Ten głos wciąż tam jest. Nie jako eksponat pokryty muzealnym kurzem, lecz jako żywy ton odwiecznego Słowa, którego najlepiej słucha się sercem. Od 2019 r. jego doczesne szczątki spoczywają w bocznej kaplicy katedry, dokąd przeniesiono je z nowojorskiej Katedry św. Patryka. Przy tym grobie wielki medialny zasięg mistycznie kondensuje się do rozmiaru jednego klęczącego człowieka – a przecież słychać tam wszystko, co do szczęścia potrzebne.
Czyj patron
Kościół do tej pory nie ogłosił abp. Sheena patronem żadnej dziedziny, ale wszystkim, którzy zajmują się przekazem medialnym, polecam już dziś, by właśnie u niego szukali oparcia dla swoich projektów. Intuicja podpowiada mi, że to przyszły patron mediów, dziennikarzy, kaznodziejów, twórców internetowych, youtuberów, tiktokerów, podcastowców i tych wszystkich, dla których ważne jest, by nowa ewangelizacja nie trąciła siermięgą i schematem.
Może stanie się on także ważnym patronem misjonarzy. Przez 16 lat kierował amerykańskim Dziełem Rozkrzewiania Wiary i wykorzystywał swoją popularność, by zbierać miliony dolarów na misje. Dla tych zaś, którzy obawiają się, że Ewangelia przegra z rozrywką, intelektualną łatwizną i cyrkiem, abp Sheen pozostaje żywym dowodem, iż Ewangelia nie przegrywa z cyrkiem dlatego, że ma za mało sztuczek. Przegrywa dopiero wtedy, gdy jej głosiciele zaczynają naśladować cyrk.
Arcybiskup Sheen udowodnił, że największy zasięg rodzi się nie wtedy, gdy człowiek goni za zasięgiem, lecz wtedy, gdy klęka tam, gdzie nikt nie bije brawa. Przed anteną – tabernakulum. Przed kamerą – adoracja. Przed całym światem, łakomym na nasz czas, uwagę i względy – Bóg, hojny w dary Ducha.
Świat sądzi, że człowiek na kolanach maleje. Arcybiskup Sheen wiedział, że właśnie wtedy przestaje sobą zasłaniać niebo.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.
