Reklama
Nie było słychać wtedy żadnych strzałów artylerii od strony Raculi (niemieckie Lawaldau), którymi według rozkazu miało się rozpocząć zdobywanie Grünbergu – zauważa Zielonogórzanka Krystyna Dolczewska. Zaskakujący był widok kapłana, idącego na czele wojska radzieckiego, bo ta armia nie miała kapelanów. Ks. Georg Gottwald, który był ostatnim niemieckim proboszczem katolickiej parafii św. Jadwigi Śląskiej w Zielonej Górze, stał się bohaterem tego miasta. Dziś, niestety, często zapomnianym. Urząd proboszcza pełnił w Zielonej Górze w latach 1928-45. Jak uważa dr Grzegorz Biszczanik, historyk i regionalista, ks. Georg wyszedł naprzeciw zbliżających się Rosjan i poinformował ich, że w mieście nie ma żadnego wojska; są sami cywile, a więc brak punktów oporu. Zdumieni Rosjanie zgodzili się nie używać artylerii, ale pod warunkiem, aby do miasta wszedł na ich czele. Na tym odcinku frontu kogoś tak odważnego nie spotkali. Ks. Gottwald uchronił miasto przed szturmem, z którym zawsze wiązały się zniszczenia. To, że szedł przed wchodzącymi do miasta żołnierzami Armii Czerwonej, było dla nich zabezpieczeniem przeciwko ewentualnymi strzałami ze strony Niemców, którzy chcieliby bronić miasto. Gdyby ci otworzyli ogień, zaraz Rosjanie odpowiedzieliby tym samym. Ze smutkiem trzeba dodać, że ks. Georg nie mógł jednak ocalić mieszkańców przed okrutnymi morderstwami i gwałtami, które opisał później, będąc już w Niemczech. To, co się działo, jest straszne i nie do wyobrażenia.
W liście z 15 czerwca 1949 r. ks. Gottwald napisał: „Jak straszne były to okrucieństwa, może unaocznić fakt, że z około 4 tys. pozostałych w Zielonej Górze mieszkańców w pierwszych czternastu dniach (po wkroczeniu Armii Czerwonej) 500 popełniło samobójstwo. Były to całe rodziny, mężczyźni, kobiety, dzieci, m.in. lekarze, wysoko postawieni urzędnicy sądowi, fabrykanci i zamożni mieszkańcy”. Te słowa duchownego pokazują tragizm 1945 r. Dla wielu osób śmierć wydawała się lepszym rozwiązaniem niż dostanie się w ręce żołnierzy Armii Czerwonej, którzy często zadawali gwałty, grabili majątek czy podpalali budynki. – Setki kobiet chroniły się w kościele św. Jadwigi, a Rosjanie nie pozwalali mordowanym udzielić pomocy. Dzień w dzień byli pijani, bo w mieście zostało dużo alkoholu – dodaje p. Dolczewska.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Ksiądz Georg Gottwald urodził się 13 lipca 1884 r. w niemieckim Breslau (Wrocław). Tam ukończył naukę. Posługę kapłańską rozpoczął również w stolicy Śląska. Od 1916 r. duszpasterzował w Legnicy, a w 1928 roku został proboszczem w Zielonej Górze. Ten urząd objął po proboszczu Sappelcie, który kierował parafią przez ponad 36 lat. Dzięki swej odwadze ks. Gottwald mógł w Grünbergu chrzcić dzieci i chować zmarłych jako jedyny duchowny w mieście. Kapłan nie dzielił mieszkańców według narodowości. Spowiadał Polaków po polsku, nawet w czasie wojny, czym narażał się na karę. Raz na kwartał odprawiał Mszę św. po polsku. Na plebanii pracowała Polka, a na cmentarzu Polak – grabarz, jak podaje dr Biszczanik. Odważny kapłan był duchownym wszystkich ludzi – nie dzielił ich na Niemców i Polaków. Jego zasługą było też przechowanie dla następcy – ks. Kazimierza Michalskiego – wszystkich naczyń liturgicznych, w tym zabytkowej monstrancji z XV wieku. W dobrym stanie pozostawił też budynek plebanii i wyposażenie kościoła. W trudnych powojennych tygodniach nawiązał kontakt z nowymi polskimi władzami kościelnymi w Gorzowie. – Byłoby za dobrze, gdyby mógł pozostać – stwierdza Krystyna Dolczewska. – Niestety – wielokrotnie przesłuchiwany przez Urząd Bezpieczeństwa – musiał wyjechać do Niemiec w lutym 1946 r. Po wyjeździe nadal pozostał aktywny, zajmując się poszukiwaniem i jednoczeniem rozbitych przez wojnę rodzin Zielonogórzan. Jeszcze jedną ważną przysługę oddał Zielonej Górze: odnalazł dzwony kościelne, zarekwirowane przez Niemców i postarał się, aby wróciły na miejsce – dodaje.
Zmarł 14 stycznia 1963 r. w niemieckim mieście Daun. Warto pamiętać, że ks. Georg Gottwald nie tylko bohatersko ocalił miasto, ale też był wzorowym duchownym i duszpasterzem.
