Najpierw zmarł 2-tygodniowy Oleś, urodzony za Uralem. Później 3-letni Miecio, następnie 7-letni Kazik. Po nich rodzice – 39-letnia matka i 52-letni ojciec. Powróciło ich z nieludzkiej ziemi do Polski tylko troje
Stanisław Kulon, dobiegający dziś dziewięćdziesiątki, maluje romantyczny obraz dzieciństwa spędzonego w drewnianym domu kresowych Sobsk, który pobudował ojciec – osiedleniec legionista na ziemi podarowanej przez II RP w nagrodę za udział w walkach o wolną Polskę. Matka malowała i pięknie śpiewała, wychowywała pięcioro dzieci, szóste – pod sercem. Ten pełen spokoju obraz jak cięciem bicza przerwała sowiecka dzicz, która z początkiem lutego 1940 r. wbiegła o 5 nad ranem w ośnieżony sen dziesięcioletniego Staszka. Bili kolbami w drzwi, okna. Strzelali na oślep i wrzeszczeli: – Wychadi! Wychadi! Rodzina Kulonów, tak jak pozostałe rodziny w osadzie Sobsk koło Podhajec, miała pół godziny na opuszczenie gospodarstwa. Ociągających się popychano kolbami, smagano biczami. Załadowani na sanie jechali do najbliższej stacji, aby – wtłoczeni w 60 osób w bydlęcym wagonie – po kilku miesiącach dotrzeć do uralskich lasów. Z blisko dwóch tysięcy osób wywiezionych z powiatu Podhajce wróciło do Polski kilkaset. Resztę przykryła obca ziemia. Nie było dla nich cmentarza, tylko las.
Reklama
Kiedy transport dotarł do uralskich lasów, jedni zasiedlali drewniane baraki, inni musieli sami budować je w leśnej zmarzlinie. Wykuwając ziemię pod fundamenty, często napotykali kości swoich poprzedników. Mówiono im wtedy: To kości Polaków, którzy buntowali się przeciwko carom podczas kolejnych powstań. Zostaną tu i wasze, Biełopolaczki...
Stanisław Kulon to autor kilkuset prac rzeźbiarskich i malarskich prezentowanych w kraju i za granicą w najznamienitszych galeriach wystawowych i muzeach, w tym także archidiecezjalnych. Uczeń innego wybitnego artysty – Antoniego Kenara w zakopiańskim Państwowym Liceum Technik Plastycznych. Absolwent warszawskiej ASP – dziś jej emerytowany profesor. Do swoich dzieł poświęconych tamtym sybirackim wydarzeniom podchodzi z szacunkiem należnym zmarłym i pomordowanym za Uralem. Zaczął opowieść o nich ołówkiem, potem olejną farbą na sosnowej desce, wreszcie na szkle. O ludziach i wydarzeniach – Sybirackiej Drodze Krzyżowej.
Matka Stanisława Kulona urodziła Olesia w dwa miesiące po znalezieniu się na Uralu. Do czasu narodzin dziecka pracowała jak wszyscy inni. Nie miała jednak pokarmu. Trzynastoletni wówczas Staszek podkradał więc mleko jedynej krowie, która tam była i która należała do naczelnika obozu. Zdekonspirowany niemal przypłacił życiem swoją odwagę i poświęcenie. Oleś zmarł wkrótce potem.
Dzieci do 12. roku życia nie pracowały, ale też nie dostawały jedzenia. Ci, którzy pracowali, musieli więc dzielić się z niepracującymi. Dzienny przydział wyżywienia na jedną ciężko pracującą osobę wynosił sto gramów chleba i pół litra zupy.
Reklama
– Dla mnie były to straszne przeżycia. Matka, która żebrała u Rosjanki o kawałek masła dla umierającego dziecka. Również dla siebie. Kiedy już przyszła ze szpitala, Rosjanka przyniosła łyżkę masła, ale mama resztką sił podziękowała, mówiąc, że już nie będzie jej potrzebne, i dwie doby później zmarła – opowiada Stanisław Kulon. – To są obrazy, których nigdy nie zapomnę... Śmierć moich braciszków czy ojca pozostawionego w lesie, kiedy musiał zejść z wozu, bo sowiecki koń się zmęczył. A wiedzieliśmy wszyscy, że czeka go tylko śmierć. Był słaby. Na dworze – 30 stopni mrozu. Przejeżdżał tamtędy jakiś znajomy, ludzki Rosjanin. Zabrał ojca z drogi i zawiózł do szpitala… Tam po trzech dniach ojciec odszedł. Ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero w Polsce.
Śniła mi się pogodna twarz mamy
– Przez lata myślałem, jak zachować te obrazy dla innych.
Jak opowiedzieć te nasze rodzinne, polskie losy – mówi Stanisław Kulon. – Nie mogłem ich malować, kiedy uczyłem się w szkole Kenara. To były czasy socrealizmu. Również później, kiedy studiowałem na warszawskiej ASP i zajmowałem się pracą naukową. Malowanie czegoś przeciwko Rosjanom kończyło jakikolwiek dostęp do farb, pędzli, płótna, papieru. Nie mówiąc już o nauczaniu. Ale wciąż śniła mi się pogodna twarz mojej mamy, która prosiła, żebym upamiętnił naszą rodzinę i ludzi zmarłych podczas zesłania. Mówiła jakby przez mgłę: „Pan Bóg dał ci talent po to, abyś nie zapomniał o nas”. I byłoby z mojej strony wielką nieuczciwością, gdybym o matce i innych ludziach tam cierpiących milczał. Nigdy nie zapomnę, jak kobiety modliły się gorliwie, kończąc każdą litanię czy Różaniec słowami: „Jeśli nie my, to niech przynajmniej nasze dzieci wrócą do Polski”. Więc kiedy już wybierałem się na emeryturę, zacząłem tworzyć „Drogę Krzyżową Sybiraków”.
Najpierw artysta przygotował kilkadziesiąt prac ołówkiem pod wspólnym tytułem „Sybiracka Droga Krzyżowa mojej rodziny, lata 1939-1946”. Również następne prace zostały poświęcone Sybirakom zmarłym na nieludzkiej ziemi. Wszystkie pod wspólnym tytułem: „Sybiracka Droga Krzyżowa”.
O pracach artysty pisał wybitny rzeźbiarz Jan Kucz: „...Sztuka ta jest całkowicie wiarygodna. Jest Jego modlitwą o miłość, dobro, uczciwość i piękno. Jest ucieczką przed krzywdą, złem, kompleksami. (...) Sztuka Stanisława Kulona jest Jego egzystencją materialną i duchową. (...) Jego cierpieniem, ludzką godnością. (...) Jest w tych pracach zgłębiona refleksja o ludzkim dramacie istnienia. Ale jest też uśmiech, łagodne ciepło, pogoda ducha”.
– Dlaczego nazwałem ten cykl swoich prac „Drogą Krzyżową?” – opowiada Stanisław Kulon. – Bo to, co przeszli tam Polacy, to ludzka droga krzyżowa. A ponadto ci ludzie, z Kresów, byli w tym strasznym miejscu niezwykle wierzący i ufni. Nie przypominam sobie, by ktoś pomstował na Pana Boga, by ktoś stracił wiarę. Zresztą – Chrystus to też był taki zesłaniec... Te obrazy chodziły za mną przez lata. Po śmierci rodziców myśleliśmy z rodzeństwem, żeby popełnić samobójstwo. Byliśmy tak zdesperowani, że zastanawialiśmy się tylko nad tym, jak to zrobić, by nie bolało. Byliśmy blisko tej decyzji, ale Pan Bóg nas uratował. Nagle, najmniej spodziewanie pod słońcem, następnego dnia przyjechała przedstawicielka sowieckiej partii i tylko nas zabrała do domu dziecka. Stamtąd w 1946 r. wróciliśmy z nieludzkiej ziemi do Polski.
Artysta Andrzej Boj-Wojtowicz - autor drogi krzyżowej
Niewielu chyba artystów może pochwalić się tym, że ich dzieła trafiają do muzeów, a tym bardziej do Muzeum Narodowego. Taka sytuacja zdarzyła się mieszkającemu na terenie naszej diecezji artyście Andrzejowi Boj-Wojtowiczowi z Borowic. Artysta kilka lat temu zasłynął z pomysłu stworzenia galerii osób mieszkających w Borowicach. Do muzeum nie trafią jednak malowane przez niego portrety, ale szczególna droga krzyżowa.
Pytamy więc go, kiedy i jak zrodził się pomysł na taką drogę krzyżową?
- W dorobku mam 4 drogi krzyżowe, które znajdują się w różnych miejscach. Począwszy od pierwszej w Kowarach, skończywszy na ostatniej, która znajduje się w Jeleniej Górze na osiedlu Czarne, w kościele pw. św. Judy Tadeusza. Po tej ostatniej drodze krzyżowej stwierdziłem, że czas namalować coś dla siebie, w odróżnieniu od tamtych prac wykonywanych oficjalnie. Chciałem stworzyć drogę krzyżową z potrzeby serca. Punktem wyjścia były rozważania wielkopostne o. Raniero Cantalamessy - kaznodziei Domu Papieskiego. Z pomysłem chodziłem długo, aż olśnienie przyszło na moje imieniny. Pojawiły się pierwsze szkice, pierwsze projekty. Wówczas odwiedziłem Siostry Benedyktynki w Krzeszowie - chcąc zrobić dokumentację fotograficzną do cyklu portretowego obejmującego ludzi wielkiej wiary. W trakcie rozmów wynikła sprawa wnętrza kaplicy Sióstr. Już w tym momencie stało się oczywiste, gdzie zostanie umieszczona nowa droga krzyżowa. Bardzo piękna sytuacja, która w naturalny sposób powstała, niewymuszona, sprawiła więc, że mając już konkretne miejsce, zacząłem realizować mój projekt w tej wersji, którą można aktualnie zobaczyć. Droga krzyżowa powstała przed świętami wielkanocnymi. Jeśli zapadną takie decyzje, droga krzyżowa zostanie umieszczona w kaplicy Sióstr Benedyktynek.
Gdy kończyłem drogę, odwiedziła mnie rodzina Łozowskich, która jest rodziną kolekcjonerów - kontynuuje artysta. Zobaczywszy to, co powstało, zakupili ode mnie ową wersję projektową. Do Sióstr bowiem, jeśli będzie taka ich wola, ta praca trafi już namalowana na deskach, szlachetnymi materiałami, farbami. Projekt ten zaś - taką mam wstępną deklarację - będzie pokazywany w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Będzie opisany, wyeksponowany i będzie można oglądać go jako dzieło sztuki współczesnej, z tą szczególną ikonografią drogi krzyżowej.
W czasie naszego spotkania, mogliśmy obejrzeć rysunki. Od początku było widać, że te stacje drogi krzyżowej różnią się od stacji znanych z naszych kościołów. Pytamy więc o te różnice. - Droga określana jest mianem drogi krzyżowej biblijnej Via Crucis Biblica. To Droga Krzyżowa, którą Jan Paweł II w Wielki Piątek1991 r. odprawił podczas nabożeństwa w Koloseum w Rzymie. Potem została ona kilka razy powtórzona. Wywiedziona jest wprost z Ewangelii. A więc każda stacja ma ewangeliczny odnośnik. Jest to droga ukierunkowana na Chrystusa i zawiera inny układ ikonograficzny.
I stacja - Jezus w Ogrodzie Oliwnym; II - Jezus zdradzony przez Judasza; III - Jezus skazany przez Sanhedryn; IV - Piotr zapiera się Jezusa; V - Jezus osądzony przez Piłata; VI - Jezus biczowany i koronowany cierniem; VII - Jezus bierze swój krzyż; VIII - Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi; IX - Jezus spotyka niewiasty jerozolimskie; X - Jezus przybity do krzyża; XI - Jezus obiecuje swoje Królestwo żałującemu łotrowi; XII - Matka i umiłowany uczeń pod krzyżem Jezusa; XIII - Jezus umiera na krzyżu; XIV - Jezus zdjęty z krzyża i złożony do grobu. Osobiście tą ostatnią scenę, łączę ze Zmartwychwstaniem, jako jeden ciąg do medytacji, do modlitwy. Cała droga jest przesycona symboliką na wielu poziomach. Nie jest łatwa. Nie ma nic wspólnego z jakimś sentymentalizmem, łatwością, cukierkowatością. Trzeba wykonać pewną wewnętrzną pracę, aby się do niej zbliżyć i pójść dalej.
Uwagę zwraca inny układ stacji. Zatrzymujemy się przy stacji V, przy Poncjuszu Piłacie. Prosimy autora, o krótkie wyjaśnienie symboliki w niej zawartej.
- Przedstawia ona szczególną postawę człowieka - jest tu forma dialogu z historycznością tej postaci, ale nie do końca. Elementy, które się pojawiają i są składową częścią obrazu, np. wiszące po lewej i prawej stronie kruki, przypominają, że były to w Piśmie Świętym ptaki przedstawiane, jako posłane przez Boga, aby żywić np. proroków. W tym szczególnym momencie, gdy myślimy o śmierci Chrystusa, im bliżej jego śmierci, tym bardziej czujemy, że pewien rozdział dziejów się kończy, ale jednocześnie otwiera nowy. W sztuce, w osobistych personifikacjach, w wiekach przeszłych, dwa kruki wyrażały wątpliwości. Poncjusz Piłat, jak przekazują autorzy Biblii, był targany wątpliwościami. Tą wewnętrzną walkę przedstawia też odbicie w misie. Przy czym, nie jest ono w osi głowy Poncjusza, co jest zaskakujące, bo z reguły jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że patrząc na odbicie w wodzie mamy je przed sobą. Tymczasem tutaj tak nie jest. Odbiciem Piłata w misie, nie na wprost, jest ktoś inny. To tylko taki tryb wprowadzenia, są tu jeszcze inne elementy, o których nie chciałbym mówić, gdyż pozostawiam to każdemu, który tą drogą podąża.
Skoro autorowi udało się osiągnąć taki sukces w pracy, już na etapie projektu, pytamy artystę o najbliższe plany.
Pan Andrzej zdradza nam, iż chciałby w najbliższym czasie pokazać projekt drogi, ołtarzyki domowe, przywrócenie starej dobrej tradycji modlitewnej w domu, krucyfiksy oraz projekt fresków do Kaplicy Sióstr Benedyktynek - wszystko to towarzyszyłoby poświęceniu ołtarza do tejże kaplicy - wykonanego przez jego żonę - rzeźbiarkę. Ma jeszcze inne marzenie. Rozpoczął realizację wystawy poświęconej ikonografii katolickiej, która będzie obejmowała ilustracje do Apokalipsy św. Jana, tematy jak Sacra Conversatione, Agnus Dei, Dies Irae, Cor Iesu Sacratissimum. - Marzy mi się - mówi - namalowanie obrazu Immaculaty - Matki Bożej Niepokalanej. Co ciekawe, współczesna sztuka dość mocno się dystansuje od takich tematów, a realizacje w kościołach, niestety, są miernej jakości.
Dlaczego Immaculata?
- Siostry Benedyktynki są w Kongregacji Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia, więc ten obraz byłby dopełnieniem przestrzeni sakralnej, która z jednej strony otwierałaby się figurą Chrystusa Jerozolimskiego - którą mają u siebie i jest to sukcesja polwowska - a z drugiej strony odpowiadałaby temu postać Matki Bożej z ich Kongregacji, jako współczesna propozycja Immaculaty.
Artystka w planach na przyszłość ma wybudowanie pracowni galerii, w której byłoby miejsce na prace, warsztaty i stałą ekspozycję portretów ludzi z Borowic. Cykl cały czas się rozwija i aktualizuje - do grupy dochodzi p. Gertruda 101-latka z Sosnówki.
Panu Andrzejowi gratulujemy wszystkich dotychczasowych sukcesów artystycznych i życzymy następnych. Do tematu sztuki w jego wydaniu jeszcze powrócimy.
Po tym jak z UE została wyprowadzona produkcja przemysłowa do Azji, po umowie z Mercosur ten sam proces rozpocznie się w sektorze rolno-spożywczym. Deindustrializacja Europy już jest faktem, a teraz grozi nam deagraryzacja. Staczamy się po równi pochyłej do utraty bezpieczeństwa żywnościowego.
W latach 80. i 90. XX wieku polskie szklarnie pękały w szwach od hodowli nie tylko pomidorów, ale także kwiatów ciętych. Kwiaty były masowo uprawiane w Europie, ale dostęp do taniej siły roboczej sprawił, że od 60 do 80% hodowli kwiatów zostało wyeksportowanych poza UE. Dziś jest inaczej, bo sprzedawane w klasycznych kwiaciarniach i na straganach goździki pochodzą z Kolumbii, a gerbery – z Kenii lub Etiopii. Wszystkie kwiaty trafiają transportem lotniczym do Holandii, a stamtąd są przywożone ciężarówkami do Polski.
Film „Sacré Coeur” o objawieniach Najświętszego Serca Jezusowego znalazł się na oficjalnej liście produkcji, które mogą otrzymać nominacje do francuskich Oscarów - nagrody „César du cinéma 2026”. We francuskim pejzażu filmowym inspiracje wiarą chrześcijańską należą do rzadkości, dlatego fakt ten ma duże znaczenie symboliczne - pisze portal Tribune chrétienne (Trybuna chrześcijańska).
Twórcy filmu, Steven i Sabrina Gunnell, przyznali, że są zaskoczeni tą wiadomością. „Choć «zakwalifikowany» nie oznacza jeszcze «nominowany», to jednak fakt, że film jest obecny na stronie internetowej Cezarów już coś dla nas znaczy” - stwierdzili.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.